JoeMonster.org

Pokaż menu
Szukaj
 
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
...BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Islandia - kraj owiec. No i lodu i ognia

52 407  
337   49  
W te wakacje zaniosło mnie na Islandię. Plan był prosty - objechać całą wyspę dookoła i zobaczyć co się tylko da. I zjeść maskonura. Islandia jest piękniejsza na żywo, niż można to zobaczyć na zdjęciach i filmach.


Przygotowania do wyjazdu zajęły nam mnóstwo czasu. Prawie rok przed wyjazdem szukaliśmy w miarę tanich noclegów, samochodów do wynajęcia na miejscu i biletów samolotowych. Oczywiście to ostatnie było najgorsze, ponieważ linie zmieniły nam termin lotu, więc trzeba było kombinować z pozostałymi rzeczami.

Samochód


Na Islandii koniecznie trzeba wynająć samochód z napędem na 4 koła. No chyba że chcecie się tylko lansować po stolicy i Golden Circle, to spokojnie wystarczy byle jakie małe autko. Jeśli liczycie na to, że po przylocie wynajmiecie na lotnisku samochód w jednej z wielu firm, to (przynajmniej w sezonie) srogo się zawiedziecie. Albo zapłacicie dużo za dużo kasy za Hummera, który nie cieszy się większym powodzeniem i zazwyczaj jest dostępny. My skorzystaliśmy z oferty firmy prowadzonej przez Polaków i szczerze ją polecamy. Wszystko było jak w umowie - minimum formalności, maximum frajdy. Nasze Pajero spokojne radziło sobie na drogach F oraz bez zadyszki wywiozło nas na wulkan.

Noclegi


Popularne strony z domkami do wynajęcia mają niewielką ofertę i oczywiście jak wszystko na Islandii, domki są pioruńsko drogie. My korzystaliśmy również z niesprawdzonych dotąd przez nikogo ze znajomych stron islandzkich i nie zawiedliśmy się. Domki co prawda niewielkie, ale było w nich wszystko, co potrzeba - ciepła woda, ogrzewanie i czajnik oraz parę garnków. Jeśli się wybieracie tam na urlop, śmiało korzystajcie z islandzkich stron z domami do wynajęcia.

Wyżywienie


Jako że nie można wwozić na wyspę ukochanego przysmaku wszystkich Polaków, czyli kabanosów, trzeba było sobie radzić inaczej. W „Świni” można najtaniej zrobić zakupy, ale trzeba się od razu nauczyć godzin otwarcia. Różnią się one praktycznie w każdym mieście i w każdy dzień. Sklepy ogólnie otwarte są najwcześniej od 10.00, a zamykane już o 18.00. W weekendy jest gorzej - trzeba sprawdzać, czy w ogóle coś w okolicy jest czynne.

Restauracje

Obiady jedliśmy w różnych knajpach, żeby spróbować miejscowych przysmaków. Oczywiście najbardziej popularne są ryby oraz jagnięcina (najlepszy wypas był u pana Grzegorza, tak pysznej obiadokolacji nie zjedliśmy nigdzie podczas całego pobytu). W menu zazwyczaj widnieje „catch of the day” i ja jako wielki fan ryb praktycznie codziennie zamawiałam właśnie tę pozycję. Oczywiście musieliśmy spróbować maskonura, langusty i jeden odważny nasmrodził w całej knajpie zgniłym rekinem, popijając go anyżówką. Ogólnie mówiąc, jedzenie bardzo dobre, wszystko świeże i lokalne.

Objazdówka


Pan, który wypożyczał nam samochód, od razu powiedział: „jak zobaczycie gdzieś skośnych na drodze, to spierdalajcie”. Zaczęliśmy objazd wyspy od północy i zdążyliśmy zapomnieć o tym ostrzeżeniu, ponieważ tam jak spotkaliśmy trzy samochody dziennie, to był wielki sukces. Gdy zbliżaliśmy już do południowej strony wyspy, od razu zrozumieliśmy co miał na myśli. Te Asy Dróg jeżdżą tak nierówno, że trudno przewidzieć co zrobią. Nagminnie dają ostro po hamulcach, na najgorszych zakrętach wyskakują z samochodu i biegają jak porąbańcy po drodze, robiąc zdjęcia. To tylko tak w skrócie.
Na Islandii jest w sumie jedna droga biegnąca dookoła wyspy, ale żeby dotrzeć do atrakcji, trzeba od niej od czasu do czasu odbić. Nawigacja każe nam skręcić, tłuczemy się po jakiejś wąskiej, szutrowej drodze, sprawdzamy na mapie, a tu jak wół jest napisane, że suniemy drogą krajową numer taki i taki. Uwierzyliśmy w to, że jest to droga krajowa po wjechaniu w interior, gdzie jedynie słupki pokazywały nam, gdzie teoretycznie znajduje się jakaś droga. Na szczęście ściemniać się zaczynało dopiero koło północy, więc nie było obaw, że gdzieś się po ciemku wieczorem zgubimy.

Owce i barany

Dziwiło nas trochę to, że można tam tylko pomykać z prędkością 90 km/h. Rzeczywistość szybko nam pokazała dlaczego tak jest. Wszędzie, dosłownie wszędzie, nawet na polach magmy, popierniczają sobie owce. Albo śpią mordą na drodze. Albo znienacka wyskakują z rowu i wymuszają pierwszeństwo. Totalne szaleństwo i zawał kierowcy co parę kilometrów. Nam jednak te śliczne, niewielkie zwierzątka podobały się najbardziej na talerzach.
No i w końcu atrakcje:

Wodospady


Po trzech dniach przestaliśmy się zachwycać każdym wodospadem, których dziesiątki mijaliśmy po drodze. Ale te największe, do których trzeba było kawałek dojechać lub parę kilometrów dojść, robiły na nas wszystkich niesamowite wrażenie. Tony wody, malowniczość, huk, mokrzy turyści z rozdziawionymi gębami (my też) - wszystko to zapierało dech w piersi.

Gejzery


Gejzery są tam wszędzie. Jednak niewiele z nich wybucha na zawołanie, ale w rejonie Geysir jest taki jeden, który wybucha regularnie co kilka minut na kilka metrów w górę (Wielebny Joe określił go trafnie mianem „ejakulatora”). Koniecznie trzeba również z zatkanym nosem podziwiać wszędzie gdzie się tylko da „bulczybłoto”. Wrażenia wzrokowe i zapachowe gwarantowane.

Wulkany


Są. Wygasłe i czynne. Po wygasłych trochę pohasaliśmy, do Hekli podjechaliśmy - piękny widok ośnieżonego stożka wulkanicznego. Wulkanolodzy straszą, że Hekla niedługo wybuchnie. Pożyjemy, zobaczymy. Wszędzie mnóstwo lawy, ale my, jako porządni turyści, nie zabraliśmy ani okruszka na pamiątkę. Islandczycy cały czas proszą, żeby zostawić wszystko w takim samym stanie, w jakim się to zastało.

Lodowce


Bliżej południa wyspy zaskoczył nas widok lodowców. To nie były pierwsze lodowce, jakie widzieliśmy w życiu, ale nigdy w takiej ilości, bliskości i na wyciągnięcie ręki. Można było śmialutko łapą taki jęzor poklepać. Popłynęliśmy oczywiście amfibią na lagunę lodową - niesamowite kolory i kształty swobodnie dryfujących gór lodowych. I mieliśmy szansę pociamkać tysiącletni lód.

PS Jak na Islandii wieje, to wieje. Mną ciskało na wszystkie strony - mąż musiał mnie kilka razy trzymać, żebym kolejny raz gleby nie zaliczyła. Wiatr wywiewa smarki z nosa i nie da się wypić wody z butelki nie dotykając jej ustami - kradnie wodę błyskawicznie.

Widziałam fajne muzeum czarów i czarowników. Mieści się ono w knajpie, która jest również centrum informacyjnym. W muzeum można zobaczyć oryginalne nekroportki i dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy o islandzkich czarownikach. Jeden z nich na przykład został spalony na stosie, bo potrafił na pierwszy rzut oka rozpoznać, która kobieta była dziewicą.


Polecamy wypad na wieloryby - skurczybyki są przepiękne. Nie polecamy wyprawy na wysepkę Grimsey, leżącą na kręgu polarnym. Trzy godziny rzygania na promie tylko po, żeby po przybyciu na wyspę zostać zaatakowanym przez tysiące ptaków, które tam mieszkają.


Nasz alkoholizm bardzo ucierpiał na uroczej wysepce. W sklepach tylko piwka 2%, po więcej procent trzeba się udać do specjalnych sklepów czynnych zazwyczaj 2 godziny dziennie. W niedzielę nie, bo jak powiedział nam miły tubylec, w niedzielę należy się modlić, a nie chlać. Kupiliśmy oczywiście miejscową whisky o wdzięcznej nazwie Floki. Ten młody trunek to taki lepszy bimber o woltażu 47%, a na naklejce można poczytać, że jest to „young malt sheep dung smoked Reserve”. Mówiłam, że owce i barany są wszędzie?


O Islandii można napisać jeszcze ze trzy artykuły, ale po co czytać, skoro można polecieć i na własne oczy wszystko zobaczyć.

Oglądany: 52407x | Komentarzy: 49 | Okejek: 337 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało